|
Wstęp
|
Z podobną sytuacją mamy do czynienia w Sławnym człowieku Włodzimierza Perzyńskiego, gdy czytamy: Skończył pan dramat? Właściwie już. Przeżyłem go w duszy. Reszta to tylko mechaniczna praca zapisywania papieru. Albo jeszcze w Liniach Hofera Cezarego Jellenty: Nie chodzi mi o zdolność wysłowienia albo wyrazu, lecz o zdolność odczucia tak rozlegle, z taką siłą i wyrazistością, jakiej przeczucie tylko w sobie noszę. Stąd już naprawdę niedaleko do groteskowego stwierdzenia, że aby zostać np. wielkim dramatopisarzem nie trzeba wcale napisać choćby jednego dialogu. Wystarczyło bowiem przekonanie, że taki dialog zawsze możemy napisać, ale nie widzimy powodów, dla których mielibyśmy to robić. Poeta nie miał wcale wyrażać, ale przeżywać, a poprzez uzewnętrznianie przeżywania zyskiwał swoją godność. Większości bohaterów wystarczały zatem deklaracje słowne o swoich twórczych możliwościach. W odniesieniu więc do takiej koncepcji aktu twórczego, którego udokumentowanie dziełem nie jest warunkiem koniecznym, można więc mówić o improduktywizmie z uzasadnieniem filozoficzno-estetycznym. W wielu tekstach "prozy o artyście" odznaczających się tendencją apologiczną w stostunku do bohatera spotykamy improduktywizm "uwznioślony", brak realizacji dyspozycji twórczych usprawiedliwiony filozoficznie lub przynajmniej jego reguły wypowiadane przez artystę, który, niezależnie od tego, wytwarza dzieła sztuki. To doskonały środek, by skutecznie przesłonić faktyczną nieudolność twórczą. W ten sposób niejeden artysta-impotent będzie mógł powtórzyć za bohaterem Malarzy Henryka Zbierzchowskiego: Wpadł mi wczoraj kapitalny pomysł do dramatu. Mam go już tu, w głowie, w piersi, w żyłach (...) a boję się zacząć pisać, aby nie popsuć i nie rozwodnić tematu. Takie postępowanie stanowiło doskonałą pożywkę dla wszystkich paszkwili i karykaturalnych ujęć artysty-improduktywa. śmierć - życie, ból - sztukę rodzi.
|
| bielizna | |